Facebook

Tromso Skyrace 2017 – relacja

By on 13 sierpnia 2017 in Posty | 0 comments

Zdjęcie profilowe Paweł Share On GoogleShare On FacebookShare On Twitter

Tromso, Norway. 8 rano.

Tromso – wrota do Arktyki

Tromso – wrota do innego świata

ranek 5 sierpnia szczyty wokół Tromso spowijała gęsta mgła… prognozy z dnia poprzedniego wskazywały zupełnie co innego… ale to przecież góry, więc wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie… godzinę później z mgły pozostało tylko wspomnienie…

Tromso by Hubert T Tochimowicz

… od samego poranka w Clarion Hotel the Edge gromadzą się śmiałkowie, którzy postanowili podjąć wyzwanie i zmierzyć się z jednym z najtrudniejszych technicznie biegów górskich świata… o ile nie najtrudniejszym…

na dwa dni hotel zamienia się w centrum dowodzenia, z którego nad całością czuwają Emelie Forsberg i Kilian Jornet… dwoje wspaniałych i utalentowanych biegaczy wysokogórskich… organizatorów tego ekstremalnego wyzwania

dokładnie o godzinie 8.00 wystrzał z pistoletu ogłosił start biegu… biegu, który zmienia wszelkie dotychczasowe wyobrażenie o bieganiu w górach… ale ta zmiana miała dopiero nastąpić…

początek trasy to bieg po mieście wzdłuż nabrzeża… po kilkuset niespełna kilometrze pojawia się pierwsze wyzwanie… most… piękny, ogromny i jakże długi… i do tego wznoszący się w kierunku pierwszego szczytu przez ¾ swojej długości… to początek, więc siły na podziwianie miasta są… jeszcze tylko minąć Arktyczną Katedrę (Arctic Cathedral) i można rozpocząć właściwy bieg… chociaż w tym przypadku bieg to dość mocno powiedziane…

Tromso by Hubert T Tochomowicz

pierwsza część stroma… pierwszy pomiar czasu… wszystko wydaje się inne… czas i odległość płynie inaczej… wydaje się, że to już ten właściwy pierwszy punkt cut off… ale nie, okazuje się, że to co było stromizną… wcale nią nie było… dopiero teraz zaczyna się właściwe podejście na szczyt Tromsdalstinden… dla człowieka z nizin, to wyzwanie… w głowie pozytywne myśli, przecież podobnie długie podejścia już były, w innych biegach, chociażby w czerwcowym ukończonym Lavaredo Ultra Trail… więc da się radę… a tu się okazuje, że to co do tej pory uważało się za strome, wcale takie nie było… na przestrzeni kilku kilometrów trzeba wznieść się z 0 na 1238 m

w końcu po prawie 3 godzinach pierwszy szczyt zdobyty… jeszcze przed upływem limitu… a limity to dla biegaczy rzecz „straszna” … im bliżej ich granicy, tym bardziej mącą w głowie i demotywują… ale nie ma mowy o poddaniu się…

i w tym momencie zaczyna się… powinienem napisać zbieg… ale ciężko to nazwać zbiegiem czy nawet zejściem… prawie pionowa ściana… do której jeszcze trzeba się najpierw ześlizgnąć po połaci śniegu… to, że jest mokry i … wcale nie ułatwia hamowania… wręcz przeciwnie…

oczywiście elita biegaczy zapewne sobie bez większych problemów z tym poradziła…

większość jednak walczyła o przeżycie… aby nic sobie nie złamać ani nie spowodować zbyt dużego osuwiska skał… co niestety nie do końca się udawało… skręcone kostki uczestników… latające w dół kamienie… liczne upadki… tak wyglądało pierwsze długie zejście/zbieg…

w końcu trochę wypłaszczenia, czego osobiście nie cierpię… zdecydowanie wolę się mordować zbiegając i wspinając niż biegać po płaskim z mocno palącymi mięśniami tuż po masakrycznym wejściu tudzież zbiegu…

Kilian i … pomyśleli o zmęczonych mięśniach biegaczy… zimna woda dobrze robi na styrane mięśnie… więc 4 krotnie należało przeprawić się wpław przez rzeczkę… o ile jeszcze przy pierwszej próbie można było się pokusić o przeskok, o tyle kolejne już przejścia … a że to rzeczka górska więc i woda mocno zimna… a że słońca jak na lekarstwo… że jeszcze w miarę wcześnie… to i po wyjściu z wody mroźno w nogi… pierwsze kilkanaście metrów dziwnie się biegnie… bo trzeba biec aby się rozgrzać…

aby zbyt długo nie myśleć zimnie trasa skręca w kierunku lasu… las kończy się w dolinie, więc trzeba jeszcze do niego zbiec… wąską ścieżką, po trawie, pod którą czyhają skały… a także grząskie błoto… na początku człowiek jeszcze stara się to omijać, ale w którymś momencie idzie po rozum do głowy i po prostu biegnie po bagnie, bo w niektórych momentach to było prawie jak bagno…

coraz bliżej doliny… w oddali słychać rzadko przejeżdżające samochody… to znak, że wkrótce będzie punkt z piciem i jedzeniem… i pomiarem czasu… buty i ubranie zdążyły już wyschnąć… a tu nagle rzeka… ale na szczęście jest i zwalone drzewo po którym można przejść… a może jednak nie warto ze zmęczonymi nogami ryzykować i na nie wchodzić… nie pozostaje nic innego jak wskoczyć do rzeki i w wodzie po pas przejść na drugą stronę uważając aby prąd za bardzo nie ściągnął człowieka z trasy…

jeszcze kilkaset metrów i jest upragniony punkt z piciem i jedzeniem… trochę wody… trochę słodyczy… jabłko i czas ruszać dalej… jak się okazało w kierunku największego wyzwania tego biegu… szczytu Hamperokken….

Tromso by Hubert T Tochimowicz

już od samego początku zrobiło się mocno stromo, a to dopiero początek wejścia… szczyt wznosi się na wysokość 1404 m n.p.m, a samo wyniesienie ma 1396 m, więc do świadomości dociera, że będzie nie ciężko ale wręcz zabójczo…

… najpierw szeroka droga leśna, zupełnie jak dla samochodów… szybko jednak zmienia się w wąską ścieżkę… do tego krętą i oczywiście stromą… tylko na chwilę robi się płasko, aby następnie wznosić się w górę, prosto do grani prowadzącej do Hamperokken…

w połowie podejścia mijają nas, jak się później okazuje, zwycięzcy tego biegu… oni już na kursie powrotnym… a my dopiero w 1/3 podejścia na szczyt… zupełnie jak by byli z innego świata… zmęczenia i cierpienia w nich nie dojrzysz… lekko podążali w kierunku upragnionej mety…

…za to kręta i wąska ścieżka zamieniła się w szerokie, strome i mocno skaliste zbocze… jedno spojrzenie w górę i do człowieka dociera, że na szczyt jeszcze bardzo bardzo daleko..

monotonię skał i pięknych widoków przerywa dźwięk wirników śmigłowca… nadlatuje od tyłu i zaczyna krążyć nad „naszą” górą…

a długo krążący wokół góry śmigłowiec to niestety oznaka, że coś musiało się wydarzyć… i niezbyt dobrego… i faktycznie tak też się stało… po kilkunastu minutach widać jak śmigłowiec odlatuje z podczepioną na linie osobą…

na szczęście nie skończyło się tragicznie… co zakrawa na cud, jeśli weźmie się pod uwagę gdzie się to wydarzyło…  jedna z biegaczek Hillary Allen, zwyciężczyni Madeira Ultra 2017 czy Lavaredo Ultra Trail z 2016, spadła z grani jakieś 15 metrów w dół po czym przeturlała się jeszcze na skały… zawodnicy, którzy byli w pobliżu udzielili jej pierwszej pomocy… a potem śmigłowiec zabrał ją prosto do szpitala… najważniejsze, że jest przytomna i powoli dochodzi do siebie…

Hillary Allen

ale trzeba było wrócić do biegu, wspinania, wdrapywania się w stronę Hamperokken… jeszcze tylko kilka pionowych wejść po skosie, ostatnie zakręty… i okazuje się że to jeszcze nie to… jeszcze jedno podejście, chociaż nie tak długie ale mocno strome…

Tromso by Hubert T Tochimowicz

w końcu jest… upragniona „brama” prowadząca na grań, a że limit czasu nie został przekroczony jest zielone światło aby ruszać….

na filmie promującym Tromso Skyrace grań jawi się jako miejsce przyjazne biegaczom, miejsce wręcz stworzone aby po nim biec… tak taż czynią na filmie Kilian i ekipa znacząca trasę…

i faktycznie tak było, ale tylko przez krótki fragment… pozostałą część trzeba było pokonywać łącząc zwinność i siłę rąk i nóg…

chorągiewki wyznaczały bezpieczną trasę przez grań… zejście w lewo czy w prawo groziło kilkusetmetrowym, w najlepszym przypadku kilkudziesięciometrowym lotem swobodnym w dół… nadal nie wiem jakim cudem Hillary udało się to przetrwać i przeleciała jedynie 15 m…

więc przez następne kilka kilometrów po grani należało się wspinać, bez żadnej asekuracji, lin, karabińczyków, kasku czy uprzęży… pełne skupienie… a w tle majaczyła sylwetka Hamperokken… majestatycznie górowała nad granią

pokonanie w pełnym skupieniu grani zajęło trochę czasu, niemniej w końcu można było stanąć u podnóża ostatniego wejścia… spojrzenie w górę rozwiało wszelkie wątpliwości… lekko i przyjemnie to na pewno nie będzie… ściana prawie pionowa… jest co prawda lina, ale chyba nie znalazł się żaden śmiałek, który po dotychczasowej drodze podjąłby ryzyko i zaufał jedynie swoim rękom i postanowił się wspinać…

Tromso by Hubert T Tochomowicz

została jedyna słuszna droga… po ścianie… krok za krokiem, skała za skałą… i w końcu jest… jest… szczyt Hamperokken zdobyty… i to przed limitem…

dwoje wolontariuszy czekających na śmiałków na szczycie szybko wyprowadza mnie z tego stanu… do następnego punktu kontrolnego została godzina… a najszybszy zawodnik na trasie pokonał ją w 43 minuty… zero szans…

pojawił się zatem idealny moment aby skonsumować drugie śniadanie… na szczycie Hamperokken… upajanie się zapierającymi dech widokami… co prawda tylko z jednej strony, bo z drugiej już mgła nadciągnęła… niemniej przeżycie jedyne w swoim rodzaju…

nadszedł czas aby ruszyć w drogę powrotną… nazwać to zbiegiem było by ogromnym nieporozumieniem… trzeba było uważać, aby zejście nie zamieniło się w lot swobodny ku dolinie…

wszędzie luźne skały, należało lawirować między nimi, gdyż skakanie po nich niewiele dawało temu kto nigdy wcześniej nie przemierzył tej strony… wielkie skały, które powinny być nieruchome okazywały się nad wyraz ruchome…

trzeba było pomyśleć jak podążać dalej w dół w miarę sprawnie i bezpiecznie…

po całkowicie skalnej części pojawił się odcinek w którym część zbocza po prawej stronie pokrywał śnieg, a na nim flagi trasy… szybka decyzja… zejście ze skał na śniegi i zsuwanie się po nim jak we wcześniejszych zejściach…

za stromo… w miarę nabierania prędkości przyszło olśnienie, przecież Kilian na odprawie ostrzegał przed tą częścią… że jest zbyt stroma i można nie zatrzymać się na czas… lepiej iści skałami, bo na końcu śnieżnego kilkusetmetrowego odcinka są skały… a jeśli nie ma jak się zahamować, to wiadomo jak się to kończy…

trzeba pamiętać, że w takiej sytuacji nie wolno za żadne skarby świata hamować wbijając pięty w śnieg… bo skończy się to skomplikowanymi złamaniami albo nawet można przeistoczyć się w swego rodzaju katapultę…

niby śnieg był grząski, więc kusiło aby mocniej naciskać nogami na podłoże, a nuż się człowiek zakopie i zatrzyma…

nic bardziej mylnego… człowiek tylko nabierał prędkości i zmiatał wszystko po drodze… ostatnio pokazywali odcinek z Bear Gryllsem, który uskuteczniał taki zjazd w Kanadzie aby pokazać jak się zatrzymywać… zmierzyli mu prędkość… 60 km/h

uznałem, że najlepiej będzie skierować się po skosie… w kierunku skał… była szansa, że ślizg w bok spowoduje wytracenie prędkości…

zapewne tak też się stało… jednakże prędkość była na tyle duża, że zatrzymałem się metr za śniegiem, na skałach, po wykonaniu nadprogramowego obrotu wokół własnej osi…

jednym słowem downhill życia…

skończyło się minimalnym otarciem nadgarstka… niemniej postanowiłem, że bez czekana przy sobie, więcej takich numerów robić nie będę…

potem znowu pojawił się śnieżny obszar… tym razem płaski albo lekko spadający w dół.. można było podbiec… z jednej strony skały i woda żłobiąca podkopy pod śniegiem po którym się biegnie, z drugiej piękne, szmaragdowe jeziorko… zapewne z zimną wodą…

Tromso by Hubert T Tochimowicz

uff… udało się… przed oczami roztaczał się przepiękny widok.. bezkres… hmmm … skał… małych, średnich, dużych i olbrzymich… aż po horyzont…

dalszy bieg po skałach… i znowu złudnie duże skały okazywały się najmniej stabilne… a małe wręcz odwrotnie…

ale skoro zdobyło się Hamperokken to i morze skał zostało w końcu pokonane…

powróciła zieleń, pojedyncze drzewka… więcej drzew… ścieżka… to znak, że zostało zatoczone koło wokół najwyższej góry biegu i ponownie człowiek znalazł się na drodze, którą już wcześniej przemierzał… z tą różnicą, że teraz już będzie to w stronę mety…

wolontariusze z Hamperokken mieli rację… do check point przybyłem po limicie, jak wielu przed i po mnie…

tutaj zakończył się mój udział w Tromso… to był 32 km…

do mety pozostała droga, którą już wcześniej się poznało, biegnąć na najwyższy szczyt… tylko teraz odwrotnie… rzeka… las w górę… czterokrotne przekraczanie rzeki… podejście, które kilka godzin wcześniej było zejściem… i dalej do Tromso…

tego „dalej” niestety nie poznałem… tam nie dotarłem…

nie pozostaje nic innego, jak tylko wrócić tam i wystartować ponownie aby dokończyć relację o te ostatnie brakujące kilometry ekstremalnie hardcorowego biegu…

pomimo cut off warto było przybyć do Tromso, poznać północ Norwegii, jej ludzi, historię, kulturę i dziewiczą przyrodę… i zdobyć Hamperokken… to doświadczenie jedyne w swoim rodzaju

warto przybyć trochę wcześniej, aby pozwiedzać, bo jest co… a miasto i widoki są wręcz magiczne

Każdemu życzę tego, by któregoś dnia stanął na starcie Tromso Skyrace i doświadczył niezwykłych i magicznych wrażeń, które zostają u niego na zawsze…

Podium wśród mężczyzn:

  1. Albon Jonathan – GBR – 7:01.01
  2. Bhim Gurung – Nepal – 7:08:58
  3. Michel Lanne – FRA – 7:27.26

Podium kobiet:

  1. Malite Mayora – ESP – 8:21:21
  2. Ragna Debats – ESP – 8:25:43
  3. Nuria Picas – ESP – 8:39:17

Tromso by Huber T Tochomowicz

autor:

Hubert T Trochimowicz

+48 504 213 444

468 ad

Submit a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przejdź do paska narzędzi